XIV. Iza

XIV. Iza

Piotr Nowaczyk

Wspomnienia NIE-ujawnione

Rozdział 14

Iza

Z moim młodym szwagrem Markiem pojechałem do Zielonej Góry. Pożyczyliśmy od dziadka Nowaka samochód marki żuk. Mieliśmy przywieźć zamówione w tamtejszej fabryce mebli wyposażenie naszej pilskiej kuchni. W tamtych czasach lepiej było kupić meble bezpośrednio w fabryce niż czekać aż trafią albo nie trafią, do sklepu meblarskiego rodzinnego miasta. Wszystko, co było coś warte rozkupywane było wówczas na pniu, a sklepy świeciły pustkami. Wróciliśmy z samochodem wypełnionym meblami. Zajechaliśmy pod dom teściowej przy ulicy Limanowskiego 12 i zastaliśmy zaryglowaną bramę. Po jej drugiej stronie stała czteroletnia wówczas Agnieszka, córka mojej szwagierki Marioli. „Wujek zobacz jaką mam ładną kitkę” – demonstrowała po drugiej stronie bramy. „Czemu brama jest zamknięta?” – zapytałem – „Gdzie są wszyscy?” „Wszyscy pojechali do Wałcza, bo ciocia Dana urodziła Izę” – odpowiedziała.

Marek spojrzał na mnie i powiedział: „To ty szwagier lepiej już dziś nie prowadź!”. Zmienił mnie za kierownicą i pognał w stronę Wałcza.

Położna, pani Pastusiakowa wyniosła małego bobaska zawiniętego w pieluszki na krótkie widzenie ze mną. Odsłoniła buzię niemowlaka, a Izunia patrząc na mnie wrzasnęła trzykrotnie: Wha!!!, Wha!!!, Wha!!!, po czym pani Pastusiakowa zakryła jej buzię pieluchą i wyniosła ją w głąb oddziału. 

Nie mieliśmy już dalszych wątpliwości. Trzeba było zostać w Pile. Czuliśmy, że w tych ciężkich czasach będzie lepiej zrezygnować z ambicji zawodowych i kariery prawniczej w Poznaniu. Górę wzięła solidarność rodzinna, potrzeba wsparcia owdowiałej Mamuśki, poczucie jedności z rodzeństwem i szwagrostwem, potrzeba zjednoczenia rodziny po przedwczesnym odejściu Janusza. Wydawało się nam coraz bardziej oczywiste, że lepiej być razem w Pile, niż oddzielnie w Poznaniu. I tak zostaliśmy w Pile, na kilka lat….

Gdy ktoś pyta mnie, ile czasu mieszkam już poza Poznaniem, przypominam sobie datę urodzenia mojej córki Izabeli i już wiem. Mogę dodać do niej zaledwie siedem dni, bo na tyle, przed jej urodzeniem opuściłem Poznań. Opuściłem moje ukochane rodzinne miasto, lecz nigdy nie odciąłem mojej poznańskiej pępowiny. Gdy mam podać miejsce urodzenia, miejsce zameldowania, miejsce wydania najważniejszych dokumentów i dyplomów, numery rejestracyjne samochodów – wszystko wskazuje na Poznań. 

Nie wiedziałem jeszcze, że dalsze losy wywiodą mnie z Piły, najpierw do Paryża, później do Montrealu, Ottawy, Toronto, Vancouver i Waszyngtonu i różnych innych miejsc, gdzie przyszło mi żyć, pracować i zarabiać na utrzymanie rodziny. Wcześniej planowałem całe moje życie spędzić w rodzinnym Poznaniu. 

Gdy dziś, po prawie już 30-tu latach mieszkania w Warszawie, ktoś pyta mnie: „Jak to z tobą jest? Teraz już chyba jesteś warszawiakiem?” Odpowiadam: „Nie. Jestem poznaniakiem zamieszkałym w Warszawie”. Jeśli to kogoś dziwi, to nie dobrze. Do historii literatury, filmu i podręczników savoir vivre weszły określenia takie jak: „Anglik z Kołomyi”, „Amerykanin w Paryżu”, „Biały w Koloniach” – dlaczego więc określenie „Poznaniak w Warszawie” nie miałoby mieć swojego uzasadnienia i przykładu, nawet po moich 30-tu latach?

Iza chowała się świetnie. Danusia karmiła ją piersią przez prawie rok. Było to potwierdzeniem „Metody Sophii Loren”. Ta włoska aktorka twierdziła bowiem, że kobieta w ciąży powinna pić jak najwięcej szampana po to, aby mieć przez długi czas pokarm do naturalnego karmienia niemowlaka. Danusia podłapała tę teorię, a ja zrobiłem wszystko, aby ją urzeczywistnić w praktyce. W rezultacie butelka szampana, bułgarskiego albo radzieckiego, stała u nas na stole do każdego obiadu i kolacji. Sufity wynajętych przez nas mieszkań podziurawione były śladami odstrzeliwanych korków. Cieszył nas huk odstrzeliwanego korka. „Weselmy się!” – wymyśliłem takie hasło, a z czasem stało się ono dość popularne…

 

Goście odwiedzający nas patrzyli z zakłopotaniem na butelkę szampana stojącą na stole. „Co to? Świętujecie dziś jakieś urodziny, imieniny, rocznicę? – pytali zakłopotani. „Nie. My tak codziennie” – odpowiadaliśmy zgodnie z prawdą, podwajając konsternację przyjaciół.

Może to dzięki temu, a może dzięki innym siłom, nasza córeczka Izabela rosła zdrowo, rozwijała się jak pączek, miała buzię jak brzoskwinka, a wino musujące smakuje jej do dziś.